Kosmetyki francuskie: co warto przywieźć z Francji? #kosmetykiswiata

Na swoje trzydzieste urodziny dostałam najpiękniejszy prezent świata! Wybrałam się na szlak zamków nad Loarą i mogłam podziwiać francuskie piękności zupełnie z bliska! I oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wróciła z tej wyprawy marzeń z lokalnymi kosmetykami. Czego używają Francuski? Czy możemy te francuskie kosmetyki kupić w Polsce?

Prawda jest tak, że mnóstwo dobrych, francuskich marek z łatwością kupimy w Polsce. Avene, Biotherma, Nuxe, La Roche-Posay, Vichy, Yves Rocher… naprawdę, długo można wymieniać francuskie kosmetyki dostępne w Polsce. Pewnie zauważyłyście, że ogromna większość wymienionych francuskich marek kosmetyków to kosmetyki apteczne. I nie jest to przypadek, bowiem każda znana mi Francuzka zwyczajnie sięga po kosmetyki sprawdzone i dobrej jakości – najczęściej właśnie takie, które można kupić w osiedlowej aptece.

Oczywiście kosmetyki francuskie to także znane na cały świat marki kosmetyków kolorowych i perfum. Chyba próżno szukać drugiego kraju, który może pochwalić się tak bogatym koszykiem marek ekskluzywnych i cenionych na całym świecie. Która z nas słyszała lub wręcz gości na swoich półkach cuda od Diora, Chanel, Yves Saint-Laurent, Cartier czy Guerlain?

Pozwólcie jednak, że w tym wpisie nie pójdę w oczywistości (no może poza jednym kosmetykiem). Podczas kosmetycznych zakupów poza granicami kraju stawiam raczej na marki w Polsce nieznane lub rozpoznawalne w niewielkim stopniu. Takie podejście pozwala mi odkryć niezłe perełki, Wam pokazać coś ciekawego no i wiadomo – czasem mogę się na tych zaskakujących wyborach przejechać.

Zagraniczne zakupy kosmetyczne ograniczam zazwyczaj do kosmetyków pielęgnacyjnych. Właściwie nie kupuję kosmetyków kolorowych nieznanych marek. Niestety, ale nie do końca potrafię powiedzieć, co w kolorówce może mnie uczulić. Przy pielęgnacji sprawa jest prosta, wiem, czego szukać, a czego unikać niemal jak niebezpiecznej dla portfela promocji w Sephorze.

Melvita – marka francuskich kosmetyków naturalnych

Na Melvitę trafiłam zupełnie przypadkiem. Obczajałam w lokalnej aptece legendarnie niskie ceny maksipakowań Biodermy i wód termalnych Avene. Melvita to francuska marka kosmetyków orgnicznych i naturalnych. Marka ma w swoim portfolio kosmetyki do pielęgnacji ciała, twarzy i włosów. I naprawdę żałuję, że Melvita nie jest dostępna w Polsce, bo jej receptury, śliczne opakowania i zapachy kosmetyków naprawdę zasługują na uwagę. Co więcej cudownego jest w tej marce? A chociażby to, że wszystkie jej produkty posiadają chyba najbardziej wiarygodny certyfikat kosmetyków naturalnych i ekologicznych – ECOCERT.

Mój wybór kosmetyku od Melvity był dość oczywisty. Bo cóż można kupić we Francji, której jednym z kosmetycznych znaków rozpoznawczych jest lawenda? No oczywiste: kupiłam wodę lawendową. Przyznam, że hydrolaty lawendowe, które do tej pory kupowałam w Polsce, aż tak nie rzucały mnie i mojej cery na kolana. Melvita robi to milion razy lepiej. Po pierwsze, hydrolat pachnie przecudownie lawendą. Po drugie, naprawdę solidnie doczyszcza, tonizuje i zmiękcza skórę twarzy. Za hydrolat zapłaciłam (oczywiście w promocji) 4 euro. Cena regularna to około 9 euro.

Jeśli macie nieco większy budżet, polecam kupić także ich maskę nawilżającą na bazie oleju z dzikiej róży, rumianku i nagietku. Jeśli szukacie czegoś solidnie nawilżającego do twarzy, sięgnijcie z kolei po krem nawilżający od Melvity. Ma w sobie mleczko pszczele i nektaru z trytomy groniastej (śliczna roślina). To dało naprawdę dobry nawilżacz o cudownym, wręcz nieziemskim zapachu!

Kosmetyki Melvita. Co warto kupić?

Kosmetyki “apteczne” z Francji

Poza Melvitą skusiłam się jeszcze na trzy drobiazgi z francuskiej apteki. Jako że Francję odwiedzałam podczas rekordowych upałów (39-40 stopni w cieniu) musiałam kupić to, czym pryskały się wszystkie Francuzki naokoło. Wodę termalną. Postawiłam na klasyk, czyli wodę termalną Avene. Wam również polecam na upały, również w Polsce. Po całym dniu zwiedzania nawet najpiękniejszych zamków, ale jednak w temperaturze występującej na Saharze, czułam ogromną ulgę pryskając ciało Avene. Za 150 ml wody termalnej Avene we Francji zapłaciłam na promocji 4 euro.

Kolejne dwa cuda z apteki również były podyktowane zdrowym rozsądkiem i potrzebami tu i teraz mojego ciała.

Potrzebowałam lekkiego zapachowo żelu pod prysznic, który nie podrażni mojej przepalonej skóry (nie, nie opalonej, przepalonej i usmażonej w tym upale). Dogrzebałam się do informacji, że odpowiedzią na moje potrzeby jest marka A-Derma. No i kupiłam żel od prysznic A-Derma, o TEN. Zapłaciłam, znów w promocji, całe 3 euro. W cenie regularnej to koszt około 7 euro. Żel jest wielofunkcyjny, nadaje się zarówno do mycia ciała, twarzy jak i włosów. Z myciem żelem włosów mocno się cykałam, ale kompletne wyluzowanie wakacyjnie załączyło się pod prysznicem i bam! Umyłam włosy żelem pod prysznic (do tej pory tylko mój mąż był takim szaleńcem). I co? I spoko, nawet lepiej, niż po klasycznym szamponie. Włosy były miękkie, czyste, pachnące i dobrze się układały. I to za trzy euro.

A-Derma ma w swoim portfolio naprawdę dobre kosmetyki, jednak z tego, co widzę, nie jest ona szczególnie dostępna w Polsce. A-dermę możecie kupić w aptekach online, ale w bardzo ograniczonym asortymencie i za miliony monet.

Następną potrzebą ciała był lekki nawilżacz o ładnym, wakacyjnym zapachu. Padło na znane mi już u nas Klorane i lotion o zapachu hibiskusa. Poprawka! Markę znam, bo jest obecna w naszym pięknym kraju, jednak akurat seria z hibiskusem Polskę ominęła. A szkoda, bo pachnie i nawilża niezwykle przyjemnie! Jednocześnie zapach nie jest duszący i dość szybko się ulatnia, co przy upałach było niewątpliwym plusem. Do tego ma pompkę, którą wprost wielbię we wszelkich smarowidłach do ciała. Mleczko kupiłam, a jakże by inaczej, w promocyjnej cenie łączonej z Melvitą. W cenie regularnej kosztowało 7 euro (ja zapłaciłam połowę).

Kosmetyki z supermarketu, czyli czy można znaleźć coś fajnego w Intermarche we Francji

Na polowanie wybrałam się do niewielkiego marketu w Tours. Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest Intermarche: to francuska sieć marketów. Coś jak Tesco czy czynn Auchan, tyle tylko, że zwykle sporo mniejsze.

W Intermarche z góry odpuściłam sobie produkty, które znajdziemy również w kraju, czyli wszelkie Le petit Marseillais, Garnier, L’Oreal i takie tam, znane również nam. Mój wzrok przykuł maluszek z pompką (czy wspominałam już, że kocham pompki w kosmetykach?). Balsam na bazie masła karite Le Petit Olivier kosztował niewiele (3,5 euro / 100 ml), a pozwolił przeżyć moim nogom i ramionom do czasu Klorane. Intensywnie pachnie, więc stosowałam go zamiast mgiełek zapachowych i perfum, bo skubaniec dłuuugo uwalniał zapach. Potem służył mi jako samochodowy krem do rąk i w tej roli również działa bardzo dobrze. Marka Le Petit Olivier jest dostępna w Polsce, niestety głównie online, w ograniczonym asortymencie i w dużo wyższych cenach.

Jednak kompletnym zaskoczeniem i hitem marketowym została szklana, cholernie ciężka jak na swoje wymiary, buteleczka z czystym olejem arganowym. 100 ml francuskiego złota kosmetycznego kosztowało mnie 8 euro i dorwałam dosłownie ostatnie opakowanie. Olej arganowy So’ Bio Etic ma certyfikat ECOCERTu i rolnictwa ekologicznego. Został wyprodukowany w najpiękniejszym miejscu we Francji, w moim ukochanym La Rochelle (zachwycałam się tym miejscem na insta!). Jestem oczarowana, bo olej jest w pełni naturalny, pachnie przepięknie i robi, to co każdy dobry olej arganowy – solidnie nawilża i pielęgnuje.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Good bye, La Rochelle! Hope we will meet again someday! Stay beautiful! I’m leaving with tons of shells and memories ❤️ _______________________________ Żegnam La Rochelle z mnóstwem zdjęć, malutkimi muszelkami i z lekkim szumem w głowie spowodowanym dietą opartą na białym winie i owocach morza. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tu wrócę ❤️ ________________________________ #skyporn #instasky #clearsky #beautifulsky #sky_perfection #larochelle #igerslarochelle #larochelletourisme #toplarochellephoto #thisislarochelle #portdelarochelle #vieuxportlarochelle #instalarochelle #canonphotography #canonphoto #nofilter #nophotoshop #fitgirl #polishfitgirl #legs #legsday #madame #summertime #francetrip #france #igerfrance

Post udostępniony przez Ela Żywiczyńska | Beauty (@elazywiczynska)

Kosmetyki naturalne z mydlarni i  malutkiej wytwórni świec tuż za rogiem

Włócząc się po malowniczych uliczkach francuskich miasteczek wielokrotnie spotykałam na swej drodze malutkie, lokalne wytwórnie ekologicznych i naturalnych kosmetyków. Niestety gonił nas czas i nie byłam w stanie odwiedzić chociaż połowy z nich. Jeśli będziecie miały chwilkę, naprawdę warto wejść i kupić te cuda! Ceny są wyższe niż w aptekach czy marketach, bo wiadomo, niemasowa produkcja jest po prostu droższa.

Mydlarnia, w której kupiłam najcudowniejszy balsam do ust. Mieści się w Amboise i jeśli ktokolwiek z Was wie coś więcej o tej marce, dajcie znać!

Mnie udało dorwać się do naturalnego balsamu do ust Fraise opartego na maśle karite i wyciągu z malin. Kupiłam go w jednej z bocznych uliczek starego miasta Amboise, w mydlarni z cudownie pachnącymi dobrami do ciała i duszy. Bezbarwny balsam kosztował 5 euro i jest wart każdego eurocenta. To jeden z lepszych produktów nawilżających do ust, jaki trafił na moje usta. Niestety, ale wyrzuciłam opakowanie i poza nazwą widoczną na głównym zdjęciu nie mam nic więcej. A oczywiście jak na prawdziwie małą firmę przystało, nie ma tej marki w sieci, na facebooku, nigdzie. Chlip.

Drugie cudo pochodzi z La Rochelle i jest to chyba najbardziej perfumowany krem do rąk, jaki trafił w moje ręce. Firma nazywa się Durance i robi absolutnie bosko pachnące rzeczy: perfumy, świece, zapachy do domu i kosmetyki. Za 7 euro kupiłam właściwie 30 ml perfum w kremie. Bo chociaż krem z monoi ma być kremem do rąk, to nałożony jak perfumy spokojnie je zastępuje. Zapach utrzymuje się perwersyjnie długo, a sam krem w 95% składa się z surowców naturalnych. Fajnie.

Historiae secrets – niszowa marka w hołdzie francuskiej historii

I na koniec perełka kosmetyczna moich francuskich wakacji. Perfumy. I chociaż mówiłam sobie, że nie zrobię największej kliszy świata i nie kupię we Francji perfum, to cóż… kupiłam i nie żałuję! Bo to proszę Państwa, nie są zwykłe perfumy!

Natknęłam się na te zapachy podczas zwiedzania zamku Chenonceaux. Stała sobie taka wesoła gromadka perfum na półce w zamkowym sklepiku w cenach od 20 do 80 euro za flakon (w zależności od pojemności). Pachniały nieziemsko, jednak machnęłam na nie ręką. Stwierdziłam, że zapewne nie są tyle warte, a ich ceny, jako że był to sklep z pamiątkami dla zamkowych wariatów, są mocno zawyżone. Dopiero po powrocie do hotelu zerknęłam do sieci i zobaczyłam, że popełniłam kolosalny błąd. Historiae secrets to niszowe perfumy upamiętniające zapachem zasłużone osoby i niebanalne miejsca zasłużone francuskiej historii.

Ostatecznie dorwałam perfumy w ostatnim z odwiedzanych zamków, romantycznym Sully sur Loire. I choć kusiło mnie, aby kupić zapach oddający hołd bardziej znanej postaci, postanowiłam kierować się tylko i wyłącznie moim nosem.

Wybór padł na Marquise de Caumont, które absolutnie powaliły mnie na kolana. Markiza de Caumont la Force, poza tym, że urodziła się bogato, była podobno pięknością i to z żyłką do biznesu. O jej mężu mówiono, że poślubiając markizę, ukradł Prowansji najpiękniejszą kobietę, najpiękniejszy hotel i największą fortunę. Hotel markizy obecnie wygląda tak: 

I przyznam, że kolorystyka flakonu i perfum doskonale oddaje prześliczne wnętrza zabytkowego XVIII-wiecznego hotelu w Prowansji. Czym pachnie ten hołd dla prowansalskiej markizy? Tym, czego normalnie po przeczytaniu poniższych nut zapachowym w życiu bym nie kupiła. Ale mój nos wiedział, że rozum popełnił by błąd. Oto co siedzi w Marquise de Caumont:

Nuty głowy : szałwia muszkatołowa, lawenda, liść czarnej porzeczki, różowa jagoda, dzięgiel

Nuty serca: akacja, lipa, hiacynt, laurowiśnia wschodnia, oleander, fiołek

Nuta bazy : mąkla tarniowa, piżmo, drzewo sandałowe, drzewo cedrowe, drzewo jaworowe, ambra

Przyznacie, że kompozycja jest naprawdę wyjątkowa. Ja jestem wprost zakochana i ten zakup uważam za absolutnie najlepszy!

Historiae – inne zapachy luksusowe niszowych perfum

Pozostałe zapachy z kolekcji są równie czarujące. Nie znajdziecie tutaj kompozycji słodkich, jest za to multum kwiatowych, drzewnych, ciężkich i cytrusowych.

Gdzie można dorwać te zapachy? W perfumeriach niszowych we Francji oraz tam, gdzie mnie się udało, czyli w zamkowych sklepikach-butikach z pamiątkami. W kolekcji Historiae dla każdego z zapachów poza wodami toaletowymi i perfumowanymi są również dostępne świece zapachowe, mydła i zapachy do domu. Pozwólcie jednak, że skupię się na tym, co jak oszalała wąchałam przy każdej okazji (dopóki się nie zdecydowałam na zapach, wtedy już wąchałam tylko jeden, mój perfekcyjny zapach), czyli na wodach toaletowych i perfumowanych Historiae.

Od lewej: Bouquet du Trianon, Hameau de la Reine, Orangerie du Roy, Rose de France, Violette Impériale, Marquise de Caumont, Jardin le Nôtre, Mystic Oud

Utrzymany w niebieskiej kolorystyce Bouquet du Trianon to woda toaletowa stworzona ku czci Marii Antoniny. Zapach czaruje bergamotką, cytrusami, miętą i przełamany jest między innymi drzewem sandałowym, różą i wetiwerem.

Hameau de la Reine, zielona etykietka, to wspomnienie Queen’s Hameau, idyllicznego miejsca Marii Antoniny, czyli “małej wioski na wyłączność” zbudowanej na terenie wersalskich ogrodów. To zapach mocno “zielony”, kwiatowy i świeży. Składają się na niego między innymi liście pomidora, figi, róża, bluszcz, bergamotka czy miód.

Pomarańczowo-żółte etykiety Orangerie du Roy wielbicielką francuskiej historii z pewnością kojarzą się z Ludwikiem XIV, znanym również jako Król Słońce. “Oranżeria Króla”, bo tak dosłownie tłumaczy się nazwę zapachu, oddaje miłość Ludwika XIV do kwiatu pomarańczy. W kompozycji przeważają cytrusy, którym towarzyszy między innymi bazylia, tymianek, lawenda, paczuli, wetiwer i wiciokrzew. To naprawdę oryginalny zapach i mój drugi wybór z tej kolekcji (bo oczywiście moja Markiza jest najlepsza!).

Wielbicielki róż również znajdą coś dla siebie. I piszę tutaj o różanych szaleńcach. Po rozpyleniu tych perfum naprawdę poczułam się jak w ogrodzie różanym. Mowa o malinowym flakonie Rose de France. Miłość Francuzów do zapachu różanego sięga renesansu. Za czasów Franciszka I Walezjusza róża była nawet uznawana za symbol perfekcji. Rose de France pachnie nie róża, a ogrodem róż! Są tu róża stulistna, damasceńska, absolut różany, do tego goździki, ambra, piwonia, magnolia, gruszka czy bergamotka. To zapach tak mocno kwiatowy, że wysiadają przy nim ogrody.

Violet Imperiale upamiętniają cesarzową Eugenię, żonę Napoleona III – pachną między innymi brzoskwinią, cytrusami, wanilią i czarną porzeczką.

Jardin le Nôtre, żółto-zielone opakowanie to zapach poświęcony pamięci cudownego francuskiego architekta ogrodów, André le Nôtre. I jak się łatwo domyślić, perfumy oddają miłość do ogrodów wprost perfekcyjnie. Kompozycja otwiera się zapachem liści, tulipana i różowego pieprzu. Wyczuwalne są tutaj także jaśmin, hiacynt, drzewo cedrowe, lilia i gardenia.

Wieść gminna niesie, że w kolekcji Historiae secrets znajduje się jeszcze jeden zapach: Mystic Oud (czarny flakonik). Na oczy go nie widziałam, ale jeśli wierzyć stronie marki, to w tym ślicznym opakowaniu kryje się fascynacja Francuzów dalekim wschodem. To zdecydowanie najcięższa kompozycja, a po szczegóły odsyłam na oficjalną stronę (nie wąchałam, wolę nie zachwalać lub nie ganić).


I to wszystkie kosmetyczne pamiątki z Francji! Byłyście kiedyś we Francji? Przywiozłyście francuskie kosmetyki? Pochwalcie się, co Wam wpadło w oczy i w koszyki sklepowe!

Skomentuj przez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.